| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
RSS
poniedziałek, 09 listopada 2009

Chamstwo i drobnomieszczaństwo. To pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy popołudniem widząc skutki mojej porannej, pełnej idealizmu postawy...ale do rzeczy.

Najwcześniejsze zajęcia miałam dziś odwołane, zatem całkiem wypoczęta jadę sobie na kolejne. Pech, że zaocznie studiujących w mojej szkole jest zdecydowanie więcej niż miejsc parkingowych w małej wąskiej uliczce. Miejsc tych robi się jeszcze mniej, jeśli jakiś dorobkiewicz postanawia zarekwirować kilka z nich dla własnego zysku. Taki to pan, na miejscach parkingowych rozkłada stare opony, 'rezerwując' tym miejsca... Dojeżdżam zatem do celu, a tam jak zwykle nie ma gdzie auta wcisnąć. Zerkam na lewo, a tam cały pas parkingu wolny, nie licząc oczywiście rozłożonych opon. Ignorując zatem przeszkody zaparkowałam na rzeczonym. Wypakowywuję się z auta, a tuż obok staje Jegomość i nic nie mówiąc przygląda się moim zabiegom. Spojrzałam wymownie, ale Ten nie podjął rozmowy, więc zagaduję, czy ma do mnie jakąś sprawę. On na to, że to miejsce jest zarezerwowane. Pytam zatem dla kogo i dowiaduję się, że dla jego klientów. Zaskoczona pytam czy ma może jakiś akt własności na ten kawałek publicznego parkingu, a on na to, że tak jakby. Postanowiłam dowiedzieć się, jaki to rodzaj własnośco: "tak jakby", a on mi mówi, że jakby ma, bo tu niedaleko mieszka i że trzeba go wspomóc, żeby tu zaparkować. Pomóc oczywiście co łaska... W tym momencie stwierdziłam, że dalsza nasza dyskusja nie ma sensu I Pożegnałam Jegomościa sugerując, że na 'co łaska' mnie stać, z mocnym wewnętrznym przekonaniem, że jego niedoczekanie, że będę finansowała jakiegoś dorobkiewicza, który bezprawnie rekwiruje własność publiczną i zarabia tym na ludziach. Jak tak można??!! Zirytowana bezczelną postawą wyzyskiwacza poszłam na zajęcia.

Jakież było moje zdziwienie, jak wychodząc ze szkoły odnotowałam dziwne przechylenie mojego autka...a jakież zdenerwowanie, jak się do niego zbliżyłam i dostrzegłam, że jakiś łajdak biedakowi spuścił powietrze z dwóch kół... W ciągu sekundy mój wewnętrzny Sherlock postwaił w stan oskarżenia jedynego podejrzanego mającego motyw...

i jeszcze mi zabrał nakrętki od wentyli!!! jeszcze raz powtarzam chamstwo!!

Z lekkim podenerwowaniem, odrobiną rozbawienia mimo wszystko i męskim wsparciem udałam się na pobliską stację benzynową, gdzie zaopatrzyłam się w nowe nakrętki i super pompkę, dzięki którym postawiłam moje autko "na nogi".

No i jak tu mieć wiarę w ludzi i cały ten świat? ;)

A zastraszyć się i tak nie dam! Jeszcze przez dwa lata studiów muszę mieć miejsce na parkowanie...

00:33, zgubilamkorone
Link Komentarze (4) »
piątek, 06 listopada 2009

Bo w życiu już tak jest, że jest pokrętne. Tak jak ludzie. Wyobraźmy sobie, że na świecie panowałby niedobór czekolady. Łatwo sobie wyobraźić co by się działo. Każdy szukałby sposobu, żeby ją zdobyć. Gdzieś "na lewo", z jakiegoś niepewnego źródła - bez znaczenia. Każdy zyskany kawałek byłby cenny w obliczu ogólnego jej braku. Nieważne, czy byłaby gorzka, mleczna czy nadziewana.

Ale jak tylko staje się znów dostępna, bez ograniczeń, natychmiast zapominamy o poprzedniej chęci i zaczynamy grymasić. Bo w sumie gorzkiej, to ja nie lubię, a lepsza byłaby z orzechami laskowymi niż nadziewana.

No i weź tu dogodź człowiekowi...

No i co z tego, że dostałam czekoladę, skoro ja nie lubię z bakaliami, jeśli jest ich więcej jak 31, a jedna z nich to Rodzynka...

20:25, zgubilamkorone
Link Komentarze (5) »
wtorek, 20 października 2009

Ponieważ osobiście nie mogę...

20/10/2009

Życzę Ci tyle spokoju, ile tylko potrzebujesz,

tyle szaleństwa, aby życie nie wydawało się nudne,

tyle szczęścia, abyś nie oszalał z nadmiaru

i tyle smutku, aby równowaga zachowała się po wsze czasy,

zaś miłości ponad wszystko.


20:11, zgubilamkorone
Link Komentarze (5) »
piątek, 16 października 2009

Mój pierwszy Dzień Edukacji Narodowej w tej roli i pierwszy kwiatek od uczniów. Muszę przyznac, że całkiem to przyjemne uczucie:) Tym bardziej, że nie spodziewałam się takiej uwagi jako "tylko" praktykantka, a jednak. Czuję się zaszczycona:)   i doceniona, bo nikt im nie kazał tego zrobic:) Taki gest z własnej i niczym nie przymuszonej woli;) Cichaczem muszę przyznac, że mnie się cakiem podoba ta rola...;)

 

 

 

 

 

13:08, zgubilamkorone
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 12 października 2009

O życzliwości jednych i jej braku ze strony innych, o tym jak się naprawia po to, żeby się popsuło i o tym jak się ciągle stara i ciągle coś wyjdzie inaczej, czyli o pokrętności losu.

7 rano, lekka mgiełka, chłodne powietrze, a ja pakuję się w auto i jadę z mojego rodzinnego domu do oddalonego o 60 km domu bliskiego mojemu sercu, z planem jak przed licealną młodzieżą będę odkrywała tajniki chemii. Udało mi się tak przejechać 2/3 drogi, a dalej już nie miałam czym... nagle, nie wiadomo czemu mój samochód zaczął słabnąć, aż wreszcie całkiem zasłabł. Oczywiście postanowił o tym w najbardziej szczerym polu na całej trasie. Pomyślałam sobie tylko, że ja to muszę mieć pecha, pamiętając, że nie dalej jak dwa tygodnie temu odebrałam auto z warsztatu po wymianie skrzyni biegów. Niewiele mysląc zadzwoniłam do mojego brata, jak zwykle zresztą, jeśli znajduję się w tarapatach. Dzięki telefonicznej diagnozie mechanika, opartej na opisanych przeze mnie objawach choroby, ustaliliśmy co należy zrobić, żeby zaleczyć i wrócić do warsztatu. Potrzebowałam kabelka. Zadzwoniłam do szkoły, że nie dojadę na lekcje po rzeczony wybrałam się do najbliższych budynków. Tam wyszedł do mnie starszy miły pan, a zaraz za nim, zdaje się, że jego żona. Pan postanowił mi pomóc i zaczął się krzątać za kawałkiem kabelka dla mnie, Pani natomiast zaczęła krzątać się za nim i suszyć mu głowę, że mi pomaga... Pan jednak był na tyle miły, że nie zważając na przycinki obciosał mi trochę kabelka z izolacji, ratując mi tym samym życie. Wróciłam do samochodu i zgodnie z telefoniczną instrukcją znalazłam najsłabsze ogniwo, połączyłam jakieś bezpieczniki zdobytym kabelkiem i na tej misternej konstrukcji dojechałam z powrotem. Mechanik spisał się na medal, przyjął mnie poza kolejką, uwinął się w trzy godzinki i udało mi się przyjechać do szkoły na Radę Pedagogiczną.

Tak sobie czasem myślę, że komuś musi starsznie zależeć, żeby mi nie było łatwo w życiu. Może nawet w tym celu odprawia jakieś modły...a nasuwa mi się tylko jedna kandydatura... I muszę stwierdzić, że im dalej w życie, im więcej utrudnień, tym ciężej mnie złamać.

A propos, sprawa listów stoi jak na razie, efektów brak, i coraz bardziej mi się zdaje, że nie mam co na te efekty czekać.

19:55, zgubilamkorone
Link Komentarze (2) »
środa, 09 września 2009

karnej oczywiście za składanie fałszywych zeznań, jak również za fałszywe oskarżenie o popełnienie przestępstwa, wybrałam sie do "odpowiedniej instytucji", żeby zrobić porzadek z aferą korespondencyjną. "Odpowiednią" piszę w cudzysłowiu, gdyż po owej wizycie mam pewne wątpliwości co do słuszności i prawdziwości stwierdzenia.

Zajechałam zatem na parking przy posterunku, tam posiedziałam chwilę w aucie, żeby mi umysł ze zdenerwowania oprzytomniał i serce wróciło na prawidłowe miejsce. Ruszyłam w stronę obdartego z tynku budynku, gdzie drogę do drzwi tarasowały stojące tam z powodu remontu rusztowania. Pokonwaszy przeszkoday, dostałam się do środka, gdzie przywitała mnie...cisza. Po głośnym nawoływaniu wreszcie pojawił sie funkcjonariusz. Ja mu grzecznie powiedziałam o celu mojej wizyty. On wstępnie rozeznał się w sprawie, pytając mnie, czy na skrzynce znajdują się jakieś ślady włamania. Następnie pozostawiając mnie niestety w zasięgu jego głosu ruszył do telefonu do przyjaciela, który to miał mu pomóc ustalic, jaki to paragraf, taka kradzież. Wygladało na to, że przyjaciel musiał zasięgnąc rady jakiegoś innego przyjaciela, bo posterunkowy wrócił do mnie z informacja, że będę musiała poczekac jakieś 20 minut. Żeby zatem nie krępowac go swoją obecnością podczas pracy, wybrałam sie na zakupy, sygnalizując mój bliski powrót.

Jak sie później okazało, moja dalsza wizyta na owym posterunku do sympatycznych ani krótkich nie należała. Aczkolwiek muszę przyznac, że Pan policjant, może zupełnie nieświadomie, ale zapewniał mi tam również rozrywkę...;) Po półtorej godziny udało nam sie ustalic, a raczej udalo mi sie wyjasnic, że skrzynka nie wygląda na zniszczoną, że nie zmieści sie do niej cała książka, a jedynie katalog reklamowy z książkami, że ojciec nie chce oddac mi listu, i to nie tyle dlatego, że z nim nie rozmawiam nie dając mu ku temu sposobności, a zwyczajnie nie ma takiego zamiaru, że nie pamiętam już ile czasu z nim nie rozmawiam, a tym bardziej jak długo taka sytuacja w naszym domu istnieje, że o podawaniu przyczyn takowej nie wspomnę (no bo i skąd mi wiedziec, czemu ojciec zachowuje sie jak nie do końca zdrowy człowiek). Pan policjant wyciągając wnioski z mojej wypowiedzi stwierdził w protokole, że: "list mógł byc tylko z dwóch banków, bo ja tylko z dwóch banków listy dostaję". I tego pozwolę sobie juz nie komentowac... A na koniec udało mu się z całej mojej wizyty wysnuc opinię, że ja tam jednak poszłam po to, żeby wnioskowac o  ściganie i ukaranie podejrzanego...Brawo dla niego!

Obecnie jest cisza na morzu, władza, jak obiecała, że przyjedzie do ojca, tak nie przyjechała. A ten zaś póki co, nie przejawia żadnych oznak, że sytuacja zaistniała.

Wiem już czemu na miejscowy posterunek mówią "13"...;) i taka mam refleksję, żeby opatrznośc miała mnie w swojej opiece i nie kazała mi musiec liczyc na pomoc w rejonie "13"...

23:36, zgubilamkorone
Link Komentarze (3) »
wtorek, 25 sierpnia 2009

Gubie się tylko czasem, kto jest myszką a kto kotkiem. Zdaje sie, że mnie samej jest sie w tym często połapac, bo obsadzenie ról sie zmienia.

Szalenie zadowolona z wakacyjnego wyjazdu, wróciłam do domu, w kótrym jak zawsze "coś" się dzieje.

Całkiem niechcący zorientowałam się, że mój ojciec ukradł mi list ze skrzynki pocztowej. Zdaje sie, że to w akcie desperacji z chęci obrony własnej, po tym, jak zaczęłam egzekwowac od niego to, co wyegzekwowac należało juz bardzo dawno...

Któregos dnia z rana, akurat jak listonosz rozwoził poczte, byłam w domu i widzialam, że wrzucał coś do naszej skrzynki. Ponieważ nie miałam klucza do niej, odłożyłam sprawdzanie poczty do wieczora. Wieczorem jednak nie miałam już co sparwdzac, bo okazało sie, że skrzynka jest pusta.(O ja niemądra! Nie przyszło mi do głowy, że powinnam przy tej skrzynce czekac, aż wróci ktoś, kto może ją otworzyc...;) ) Dla rozwiania wątpliwości mojej rodziny, co do moich zdolności wzrokowych i ewentualnych halucynacji, nastepnego dnia wybraliśmy sie do pobliskiego Urzędu Pocztowego, gdzie potwierdzono moje zeznania, że list był. Dowiedzieliśmy się nawet, że zaadresowany był na mnie i przysłany został z jakowegoś banku.

Prawdopodobieństwo, że mój rodzony ojciec nie miał z tym nic wspólnego jest zerowe, zatem następnego dnia, jak tylko zobaczyłam, że znów nawiedził nas listonosz, czym prędzej pognałam do skrzynki i narażając się na utratę ręki (nadal nie miałam do niej klucza) wydobyłam z niej zawartośc, która tym razem skierowana była do ojca. Zgodnie z teroią "jak ty mi urwałeś bąbel od czapki, to ja Tobie też urwę", wracałam do domu dumna niczym dziecko, ściskając w dłoni ojca korespondencję. Wet za wet, a co! Jemu wolno, a mnie nie?

Bądź co bądź, odrobinę satysfakcji miałam, ale nadal nie wiedzialam, jaką treśc zawierał zabrany mi list. Dziś postanowiłam sie tego dowiedziec, korzystając z nieobecności naszego domowego lokatora "na kocią łapę". Wykazując sie sprytem i umiejętnościami pokonywania takich przeszkód jak drzwi bez klamek, udało mi sie wejśc do czeluści. Oszczedzę konkretów co do ogólnego wyglądu lokalu. Niczym włamywacz, starałam sie odnaleźc w otaczającym mnie bałaganie, na tyle szybko, żeby nie natknąc się na zapewne niezadowolonego z zaistniałej sytuacji właściciela tegoż majdanu. Niestety tego listu nie udało mi się znaleźc (na to potrzebowałabym zdecydowanie więcej czasu). Znalazłam za to trzy inne listy, zaadresowane na mnie, również z banku. Te niestety już nieco nieaktualne, bo z 2008 roku... Same w sobie nie mają już żadnej wartości, za to są koronnym dowodem, że moje zarzuty skierowane przeciw ojcu są jak najbardziej podstawne i uzasadnione. Tak zmotywowana planuję wybrac się do odpowiedniej instancji, żeby sie poskarżyc. Wreszcie Pani wychowawczyni juz tu raczej nic nie pomoże.

Przyznam, że cała sytuacja jest dla mnie równie zabawna, co żenująca... I tak się zastanawiam, gdzie na Boga jest granica podłości, której człowiek, jako poniekąd istota myśląca, przekraczac nie powinien?? I jak nisko może schylic się ktoś, kto tej podłości stawia opór, żeby samemu się przy tym nie upodlic??


22:54, zgubilamkorone
Link Komentarze (5) »
piątek, 21 sierpnia 2009

Taki mój pierwszy raz;) Podobne te są najbardziej pamiętane. I tu muszę sie zgodzic. Ja zapewne bedę pamiętała. Co więcej, bedę nawet kultywowała te przyjemności;) Naprawdę, ogromne zaniedbanie z mojej strony, że dopiero teraz wybrałam się na żagle. Nic, tylko cieszyc się, że nie stało się to jeszcze później.

Wyjazd na Mazury zdecydowanie można zaliczyc do udanych.Był wiatr w żaglach, deszcz i piekące słońce, były śpiewy i tańce, ogniska i koncerty. Aha, no i ból głowy też był... zatem wszystkiego po trochu;)

Na łódki jechalismy w niedzielę. W sobotę bylismy z P. na weselu. Na tym jak zwykle zrobiliśmy furorę. Jak zwykle tańczyliśmy do ostatniej piosenki i nikomu nie umknęła nasza obecnośc. Na weselu poznaliśmy jeszcze pewną szalenie sympatyczną dziewczynę, K., która całkowicie spontanicznie, mając parę spodni, piżamę, pożyczone ode mnie kolszulki i psiworek, również pojechała z nami na łódki:)

A teraz powrót do szarej rzeczywistości, której pokrętnośc i moja w niej bezradnośc chwilami rani i bawi do rozpuku, ale o tym wieczorem...

10:12, zgubilamkorone
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 sierpnia 2009

Usłyszałam ostatnio, że się obrażam. To nieprawda...

23:43, zgubilamkorone
Link Komentarze (5) »

Na starych śmieciach...:) Tu właśnie obecnie się znajduję. Kierując się swoimi odczuciami i mając na uwadze swoje zdrowie psychiczne, dałam spokój z szukaniem kwatery w Stolicy. W chwili straty potencjalnego lokum zakwitła w moim głowie myśl, że jeśli mam już opłacac jakieś mieszkanie, to chce, żeby ono było moje. Nie będzie łatwo zapewne, już podjęłam pewne kroki, żeby się zorientowac, jak się sprawy mają z cenami mieszkań i zdolnością kredytową. Taki kredyt, to świetna sprawa. Tylko, żeby go dostac, to trzeba całkiem dobrze zarabiac...:) Jak zwykle paradkos:) Odważna decyzja, ale chyba nie ma innego sposobu na własne 4 kąty, a zdaje się, że ja już podjęłam pewną decyzję, tylko jeszcze nie do końca ją ukształtowałam, a mianowicie, że do innego jak własne lokum do Stolicy chyba nie wrócę... Najwyżej wrócę póxniej niż myslałam.

Ostatnio wogóle mam jakiś dziwny okres. Mam wrażenie, że Inni są niewzruszeni moimi rozterkami, no ale jak mają byc, skoro ja o takowych nawet nie mówię. Ba! Sama dokładnie nie wiem o co chodzi. Chodzę rozkojarzona i podenerwowana, łatwiej mnie wytrącic z równowagi (równowagi, którą latami doprowadzałam do perfekcji). Irutują mnie czyjeś roszczenia, oczekiwania w odniesieniu do moich zachowań czy postaw. Czasem odczuwam przyjemnośc z przebywania w samotności, częściej niż zwykle nie muszę zabierac głosu w dyskusjach, mimo że miałabym coś do powiedzenia no i generalnie chwilami mniej mówię.

Codziennie budzę się z myslą, że w życiu trzeba cieszyc się z małych rzeczy. I sama staram się tak robic. Jestem zadowolona i usmiechnięta i nagle, niewiadomo skąd, pojawia się to co opisałam wyżej. Jakbym szła jednocześnie po dwóch ścieżkach, bardziej trzymała się tej prawej, ale jak tylko trafi się jakis mały kamyk, noga zsuwa mi się na tą lewą stronę. A kamykiem może byc cokolwiek, czyjś drobny gest, jedno małe słowo wypowiedziane przez kogoś bliskiego, dla innych niezauważalne, a mnie sie wbija jak szpilka...

Dawno nie miałam w sobie tyle złości na to, że mam w życiu tak, a nie inaczej. A cała ona skierowana w stronę jednego człowieka... Dawno nie miałam tylu wyrzutów do mojego ojca. Bo gdyby był inny... Gdyby było inaczej... I najgorsze: Gdyby go nie było...

Już dawno wyjaśniłam sobie, że nie mogę, nigdy nie mogłam i nie będę mogła na niego liczyc. Udowodnilam sobie, że jestem w stanie bez niego wszystko. On mi powiedział, że jestem dla niego nikim, a ja pokazałam sobie, że on dla mnie nie musi byc kimś. My żyjemy sobie, a on, żeby nam to sobieżycie jak najbardziej utrudnic. Wszystko ułożyłam i zaszufladkowałam, jestem coraz starsza, a mimo to, nie boli coraz mniej...bez sensu.

Ale jak sama często mawiam, chyba sobie na przekór, nikt nie mówił, że bedzie łatwo.   

22:57, zgubilamkorone
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9